Moim zdaniem nasz mistrz zachowywał się dziwnie. Kiedyś zawsze sprawdzał "nowe" wampiry. A dla Cedrika był taki miły. Aż za miły. Szłam z Virio troszkę z tyłu. Patrzyliśmy na naszego mistrza i naszą jedyną pociechę. W pewnym momencie Dediot poprosił abyśmy zostawli go sam na sam z naszym synem. Zgodziliśmy się. Odeszliśmy nieco na bok. Virio mierzył wzrokiem Dediota. Nie podobało nam się to. Po jakimś czasie Cedrik przybiegł do nas ze łzami w oczach.
- Mamo... tato... Dediot mówi, że wy mnie wcale nie kochacie, że nic dla was nie znaczę. I jestem tylko po to by powiększyc klan wampirów.
Oboje wytrzeszczyliśmy oczy. Virio chciał dopaćś Dediota, ale gdzieś zniknął. Ja zaczęłam wyjaśniać synowi jaka jest prawda...
- Synku... To nie prawda, kochamy Cię. najmocniej w świecie. Jesteś dla nas wszystkim. Całym naszym szczęściem.
- Dediot ostrzegał mnie, że tak powiesz! Nic dla was nie znaczę! Nic! Tylko dla niego jestem kimś więcej niż wampirem!
Cedrik ruszył biegiem przez cmentarz. Biegł dość szybko. Ale Virio go dogonił. Uderzył go w twarz.
- jak śmiesz mówić tak do matki! Jeśli Dediot tak bardzo Cię ceni to gdzie on teraz jest?! Czemu nie zabrał Cię ze sobą?! Bo Cię sprawdzał!
Cedrik wystraszony patrzył w oczy ojca. Spoglądał co chwile na mnie. Nagle podbiegł i mocno się we mnie wtulił.
- Mamo... przepraszam... przeprasza... mogłem się domyślić. Wybacz mi.
W oczach miałam łzy. Mocno go przytulałam. Virio również.
- Synku... jesteś dla nas wszystkim.
Po kilku minutach ruszyliśmy w stronę domu. Cedrik milczał. Rozmyślał, nie mam pojęcia nad czym. Nagle wypalił z tekstem :
- A ja bym chciał mieć siostrę.
Wytrzeszczyliśmy oczy na niego.
- Siostrę?
- No tak... co w tym dziwnego?
- Nie... no nic. Chcesz będziesz miał.
- Serio? Ale małą... a jak będzie starsza to ja ją zamienię w wampira ok?
Wszyscy zaczęliśmy się śmać.
- No to musimy zachaczyć o szpital.
I równym krokiem niczym żołnierze skręciliśmy w główną ulicę miasta. Po drodze uczyłam Cedrika jak ma stać się niewidzialny. Nawet mu to wychodziło. Stanęliśmy przed bramą. I nagle zeszliśmy z oczu zwykłym śmiertelnikom. Nie zobaczyli by nas nawet jakby bardzo chceli. weszliśmy na salę. Odrazu usłyszeliśmy płacz małych dzieci.
- Czekajcie. Ide bo jakąś kruszynkę.
Virio pobiegł. Po chwili wróciła z nmiemowlęciem na rękach.
- Kochanie, teleportuj nas do domu, zanim zorientują się że nie ma jednego bachorka.
Skupiłam się najmocniej jak mogłam. Po ułamku sekundy byliśmy w domu. Mała wciąż płakała.
- Tato... mogę ja jej wybrać imię?
Virio potwierdził to kiwnięciem głowy. Cedrick wziął małą na ręce.
- Hm... jakby tu nazwać moją młodszą siostrę? Jakoś tak aby łatwo było wymyslić przezwisko... jak będe jej dokuczał gdy podrośnie... może.... może.... Serafina?
Stałam z Virio.... obioł mnie ramieniem... patrzylismy na nasze pociechy. Serafina była w naszej rodzinie zaledwie od trzech minut. A już wszyscy zdążyliśmy ją pokochać. Virio z Cedrikiem poszli do piwnicy po wszystkie potrzebne przedmioty. łóżeczko... wanienkę itd. Ale mały brzdąc spędził pierwszą noc razem ze swoim bratem...Cedrik wziął ją i położył obok siebie. Mocno tuląc, głaszcząc. Była cichutka jak myszka w jego objęciach. To był piękny widok...