Cedrik nie wydusił ani słowa... a ja już sączyłam rozkosznie krew z jego szyi. Wiem, że zadałam mu tym potworny ból... ale musiał wytrzymać. Musiałam wypić wszystko do ostatniej kropli, inaczej by nie wyszło. Gdy w jego żyłach była już pustka, Virio zaniósł go do sypialni... w oczach miałam łzy.
Cedrik obudził się koło południa następnego dnia.
- Mamo...
- Tak kochanie?
- Miałem potworny sen... śniło mi się, że Ty i tato jesteście wamirami.
Patrzyłam na niego... nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa. Patrzyłam w jego piękne oczy... serce ściskał ból.
- To nie był sen... jesteśmy wampirami... i Ty też jesteś...
- Co? Nie... no weź nie rób jaj... wampiry nie istnieją...
Nic nie powiedziałam, sam się przekona wieczorem... gdy dosięgnie go głód.
Jak co wieczór wyszłam z Virio... nie przeszliśmy jeszcze na drógą strone jezdni a za nami wybiegł nasz syn.
- Czekajcie na mnie!
Staliśmy uśmiechając się do niego. Cedrik zakładając swój czarny płaszcz, szedł w naszą strone.
- Idę z wami. Musicie mnie wszystkiego nauczyć.
- Jak to? mówiłeś, że wampiry nie istnieją!
- Myliłem się... przyznaje to... ale dobra chodźcie głodny jestem.
Ruszyliśmy we trójkę w strone centrum. Odrazu dostrzegliśmy dwie kobiety i jednego męszczyznę. Kłucili się. Virio z Cedrikiem podeszli do kobiet... i wymierzyli im mocne ciosy w brzuch. Obie padły na ziemię... ich znajomy zaczął uciekać. Więc szybko zaczęłam biec za nim... po czym odrazu na niego skoczyłam i wbiłam się w jego szyję... padł... Zaciągneliśmy ich w ciemny zaułek.
- Patrz synku... Najpierw wbijasz tylko kły...o tak...
Dokłądnie wszystko tłumaczyłam Cedrikowi. Patrzył jak zahipnotyzowany.
- ... później lekko je wyciągasz... i zaczynasz ssać.. no ... teraz Ty...
Spodobał mi się widok... jak mój jedyny syn wysysa krew z młodej kobiety...